-
Bezsenność w Sydney
Posted on kwiecień 5th, 2009 · 10:04 UTC No commentsOpuściliśmy Lord Howe rano w piątek 3 kwietnia czasu lokalnego. Było naprawdę smutno wylatywać z wyspy, a każdy z nasz chciałby zostać tam dłużej. Niektórzy z nas odczuwali zupełnie coś nowego, coś w rodzaju niemal uzależnienia od bycia w eterze z wyspy i tak trudno wrócić do „normalności”. Ekspedycja na pewno w jakiś sposób zmieniła każdego z nas, a zwłaszcza tych, którzy mieli okazję uczestniczyć w tego typu przedsięwzięciu po raz pierwszy. Trudno to ująć w słowa, ale wydaje mi się, że dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jakim nakładem prac i kosztów jest okupiona każda wyprawa. Dopiero teraz też rozumiem, jakie są naprawdę oczekiwania wołających na stacji, jak bardzo różni się propagacja w tak odległym miejscu. Teraz oczywiście wiem, jak wiele rzeczy można byłoby przygotować następnym razem lepiej… Poza tematami związanymi z krótkofalarstwem, niezwykle ciekawe było spotkanie z tak wielką różnorodnością charakterów osób z różnych krajów i jak sobie radzić z nieuniknionymi różnicami osobowości.
Bob N2OO, który brał już udział w wielu ekspedycjach, powiedział mi, że każda z wypraw zyskuje swój niepowtarzalny wymiar i charakter. Jak i również własne, odrębne problemy i kłopoty. VK9LA z założenia mogłaby się wydawać komfortową sytuacją: jedziemy na wyspę, gdzie czeka już na nas sprzęt, mamy wygodne apartamenty, obok knajpki z dobrym i niedrogim jedzeniem, a po obiadku zwiedzanie wyspy i plaże. Tymczasem notoryczne zarywanie nocy po 2-3 godzinach snu a następnie nocne jazdy na rowerze w kompletnych ciemnościach do obozu CW były bardzo wyczerpujące. Nic dziwnego, że po min. 3 godzinach pileupu miałem wrażenie, że ktoś mi zlasował mózg na dobre. Do tego dochodziła jeszcze moja niewyleczona infekcja (o tym z chwile). Czy ktoś na naszym miejscu potrafiłby się jeszcze cieszyć z nocnych łączności gdyby nie nasze zaangażowanie w krótkofalarstwo? Nam jeszcze starczało energii żeby rano wszystko omawiać, analizować, umawiać się na kolejne zmiany o najrozmaitszych porach ;-) Oczywiście czasami miałem wrażenie, że trochę za mało zwiedzam wyspę, a to przecież być może jedyna szansa z moim życiu aby ją zobaczyć. Ale zawsze jakoś udawało się właściwie to wszystko zbalansować.
Może teraz trochę więcej o krótkofalarstwie na VK9LA. To nie ja powinienem oceniać naszą ekspedycję w kategoriach udana-nieudana. Mogę jedynie wyrazić swoje prywatne zdanie na temat kilku rzeczy. Poza różnego typu problemami technicznymi (np. awaria Acoma i anteny na 40m) musieliśmy sobie radzić z nieprzewidzianymi problemami, np. gwałtowne, tropikalne ulewy, wysoka wilgotność, zwierzęta (krowy i przeciwwagi hiiii). Jak na złość, podczas wyprawy na powierzchni słońca nie pojawiła się ani jedna plama słoneczna. VK9LA przypadło na naprawdę kiepskie warunki propagacyjne. Za to dotarł do Ziemi wiatr słonecznych wiejący z dziury koronalnej, który bardzo pogorszył warunki. Moim skromnym zdaniem, błędem organizatorów było nieprzygotowanie dobrej anteny odbiorczej na 160. Jak się potem jednak okazało, i tak nie otrzymalibyśmy zgody na jej zainstalowanie.Najfajniejszą rzeczą, której doświadczyłem podczas VK9LA (nooo, może poza rozpracowywaniem pileupów) było znajdywanie w samym sobie elastyczności w kontaktach z osobami o najrozmaitszych upodobaniach, charakterze, osobowościach i poczuciu humoru. Ludzie się naprawdę różni i nie da się całkowicie uniknąć na szczęście niegroźnych „krótkich spięć” pomiędzy nimi. Znajdowanie właściwej drogi do wspólnego, konstruktywnego dialogu jest swego rodzaju wyzwaniem. A tak na marginesie: jeśli ktoś nigdy nie miał do czynienia z australijskim angielskim, może mi wierzyć - to spore utrudnienie przez pierwsze kilka dni ;-)
Tak czy owak, mając na uwadze wszystkie „okoliczności przyrody” 30 tys. Łączności, jakie udało nam się zrobić z Lord Howe, uznaliśmy za dość dobry wynik. Obóz CW radził sobie z oczywistych powodów lepiej niż obóz SSB, gdzie słab propagacja dawała się mocniej we znaki. A propos słabych warunków, uwielbiałem „uciekać” od czasu do czasu od zatłoczonych miejsc, aby wyławiać z szumu słabsze stacje, które w zestawieniu z „big guns” szanse miały naprawdę niewielkie.
Osobiście zapłaciłem dość wysoką cenę za notoryczne zarywanie nocy, aby móc być dla Was tak wcześnie na 30, 40, 80 czy te z 160tce.Nienie, nie mam do Was pretensji, lecz do samego siebie - za to, że tak długo ociągałem się z wizytą u lekarza. Gdy wyjeżdżałem z Polski, nabawiłem się lekkiego przeziębienia, i którym niesłusznie zupełnie się nie przejmowałem. Po tygodniu pobytu na wyspie nagle wszystko zaczęło się pogarszać. Dostawałem wysokiej gorączki i bólu głowy. Zapalenie zatok czołowych przeszło w ostre zapalenie krtani i początki zapalenia ucha wewnętrznego. Podczas loty z Lord Howe do Sydney, myślałem, że zwariuję przez nagłe wyrównywanie ciśnienia powietrza w kabinie. W Sydney przez ból ucha i krtani nie spałem całą noc i byłem bliski wzywania karetki, bo standardowe leki przeciwbólowe po prostu już nie działały. Nie mogłem przełykać, mówić, nawet odkaszlnąć. Rano poprosiłem na recepcji o wezwanie lekarza z pobliskiej kliniki. Dostałem receptę na silne antybiotyki i środki przeciwbólowe z kodeiną oraz rachunek… Dobrze, że mam ubezpieczenie turystyczne od kosztów leczenia hiii. Całe szczęście leki zaczęły szybko działać i już dzisiaj popołudniu mogłem spokojnie dalej zwiedzać Sydney ;-) Jeśli ktoś spytałby się mnie, czy jeśli miałbym jeszcze raz to samo przejść aby móc być na pasmach z Lord Howe, nie wahałbym się ani chwili. Ale do lekarza poszedłbym wcześniej :>Pożegnaliśmy się już Billem, Bobem, Lansem I Sanem, którzy w tej chwili są już zapewnie w drodze do domu. Tony I Maddalena właśnie rozpoczęli dwutygodniowe tournee po wschodnim wybrzeżu Australii. My (Stachu, Vicky, Kasia I Piotr) zwiedzaliśmy przez 2 dni Sydney. Śmieszne wrażenie, ale to ogromne miasto sprawia wrażenie mniej męczącego od o wiele mniejszej Warszawy. Może to zasługa ilości zieleni, przestrzeni i różnorodności miejsc, w których można przysiąść, aby odpocząć. Darling Harbour i górujące nad nią wieżowce są niesamowite. Udało nam się zwiedzić Akwarium oraz Muzeum Przyrodnicze, w których mogliśmy zobaczyć najrozmaitsze, endemiczne gatunki zwierząt z tej części świata. Nawiasem mówiąc, nigdy jeszcze w życiu nie dane było mi zwiedzać tak doskonale urządzonych i zorganizowanych obiektów edukacyjnych. Przypadkiem trafiliśmy również na hinduski festiwal folkowy połączony z klimatami rodem z Bollywood. Świetna zabawa. Muszę właśnie przyznać, że nigdzie dotąd na świecie nie widziałem tak wszechobecnej wielonarodowości. Możesz iść ulicą i słyszeć z 10 języków na raz dookoła. Coś podobnego zdarzyło mi się jak dotąd tylko w Londynie, ale nie na taką skalę. Jest jeszcze jedna rzecz, która zwróciła moją szczególną uwagę (o której wspominali też operatorzy z VK): Australijczycy są bardzo tolerancyjnym narodem - nie ważne jakiej jesteś narodowości, mniejszości, jakim językiem mówisz. Moim zdaniem niektóre europejskie kraje, a zwłaszcza te z Europy Środkowej, powinny z Australii brać przykład.
Pogoda znów jest wyśmienita. Postanowiliśmy jutro pojechać do Blue Mounains. To będzie nasz ostatni dzień w Australii. We wtorek 7 kwietnia wylot do Londynu. Potem Warszawa/Ateny - akurat na Wielkanoc.
P.S. Postaram się przed wyjazdem z Australii wrzucić jeszcze jakieś zdjęcia. Myślę, że to nie jest jeszcze koniec blogu VK9LA.info…
Any unauthorised use of our text, photos and information without our permission prohibited!


